W skrócie: benzyna i diesel podrożały w lipcu z dwóch zupełnie różnych powodów, które lepiej rozdzielić. Pierwszy to powrót VAT z 8 na 23 procent i koniec pakietu CPN od 1 lipca, czyli około 80-90 groszy na litrze. Ten skok jest jednorazowy i już się wydarzył. Drugi to ropa Brent, która przez eskalację wokół Iranu poszła z okolic 70 dolarów za baryłkę na 88 dolarów, o ponad 27 procent więcej niż rok temu. Ten drugi wciąż trwa i to on decyduje, co będzie na stacjach w sierpniu.
Na stacjach zrobiło się nerwowo. W pierwszym tygodniu lipca średnia cena Pb95 wynosiła około 6,78 zł za litr, a oleju napędowego 6,94 zł. Skok o blisko 90 groszy w tydzień był największy od marca 2022 roku. Pod koniec miesiąca prognozy mówią już o 7,09-7,22 zł za benzynę i 7,51-7,65 zł za diesla.
Media wrzucają to wszystko do jednego worka pod hasłem "wojna podnosi ceny paliw". To wygodny skrót, ale mylący. Bo gdy rozłożysz tę podwyżkę na części, okazuje się, że pierwsza, największa jej rata nie miała z ropą nic wspólnego.
Pierwsza podwyżka: to był podatek, nie ropa
1 lipca skończył się rządowy pakiet osłonowy CPN, a wraz z nim obniżona stawka VAT na paliwa. Podatek wrócił z 8 na 23 procent. Samo to przełożyło się na mniej więcej 80-90 groszy na litrze.
Zwróć uwagę na proporcje. Cała lipcowa podwyżka w pierwszym tygodniu to było około 87-89 groszy. Z tego zdecydowana większość to podatek, który wrócił do normalnego poziomu. Ceny w hurcie rosły w tym samym czasie o 64-94 zł na metrze sześciennym, czyli o 6-9 groszy na litrze. To istotne, ale to nie jest to, co zobaczyłeś na dystrybutorze.
Co ciekawe, w tamtym momencie ropa była tania. Po wcześniejszej deeskalacji konfliktu Brent zszedł w okolice 70 dolarów za baryłkę, czyli blisko poziomów sprzed wojny. Paliwo drożało w Polsce mimo taniejącej ropy, bo o cenie na dystrybutorze decydował fiskus.
To rozróżnienie ma praktyczne znaczenie. Podwyżka podatkowa jest jednorazowa. Wchodzi do cen raz i tam zostaje, ale się nie powtarza. Nie ma sensu czekać, aż "wróci do normy", bo to jest nowa normalność. Podwyżka surowcowa zachowuje się zupełnie inaczej.
Druga podwyżka: Ormuz i ropa po 88 dolarów
Od około 8 lipca sytuacja się odwróciła. Stany Zjednoczone rozpoczęły serię uderzeń na cele w Iranie, Iran odpowiadał atakami na bazy amerykańskie w Kuwejcie, Jordanii i Bahrajnie, a jeden z ataków trafił w elektrownię i instalację odsalania wody w Kuwejcie. Amerykanie przywrócili blokadę morską przy irańskich portach i od 17 lipca cofnęli sześćdziesięciodniowe zwolnienie z sankcji na irańską ropę.
Ropa zareagowała tak, jak reaguje zawsze, gdy zagrożone są szlaki dostaw. Brent poszedł z 76,48 dolarów 8 lipca do 88,10 dolarów 17 lipca. To wzrost o ponad 14 procent w tydzień, ponad 10 procent w miesiąc i ponad 27 procent rok do roku.
Sercem sprawy jest cieśnina Ormuz, wąskie gardło, przez które przechodzi znacząca część światowego handlu ropą. Ruch handlowy przez cieśninę jest mocno ograniczony, a analitycy cytowani przez agencje mówią wprost, że może pozostać poniżej połowy poziomu sprzed wojny przez wiele miesięcy. Rynek nie wycenia dziś tego, ile ropy fizycznie brakuje. Wycenia ryzyko, że zabraknie jej jutro.
Widać to dobrze po samej benzynie na giełdzie w Nowym Jorku. Galon kosztuje 2,92 dolara, czyli o 45 procent więcej niż przed zablokowaniem Ormuz. Rafinerie i handel hurtowy reagują szybciej niż stacje, bo stacje sprzedają jeszcze paliwo kupione wcześniej.
Dlaczego stacja reaguje z opóźnieniem
Między notowaniem ropy a ceną na dystrybutorze stoi kilka ogniw i każde z nich dokłada swoje opóźnienie. Ropa musi zostać przerobiona, paliwo trafia do hurtu, potem do stacji, a stacja sprzedaje zapas kupiony wcześniej. W praktyce zmiana notowań przekłada się na ceny detaliczne w ciągu jednego do trzech tygodni.
Do tego dochodzi kurs. Ropa jest wyceniana w dolarach, więc dla polskiego kierowcy liczy się nie tylko cena baryłki, ale też ile trzeba zapłacić za dolara. Mocniejszy złoty częściowo amortyzuje wzrost cen surowca, słabszy go wzmacnia. Zdarza się, że ropa w dolarach stoi w miejscu, a paliwo w Polsce drożeje wyłącznie przez kurs walutowy.
Praktyczny wniosek jest taki, że to, co widziałeś na stacji w połowie lipca, było jeszcze echem starej, tańszej ropy. Skok Brenta do 88 dolarów dopiero wchodzi w ceny detaliczne. To dlatego prognozy na koniec miesiąca mówią o dieslu bliżej 7,60 zł niż 7 zł.
Co to znaczy dla inflacji i twojej raty
Tu przestaje to być tematem wyłącznie dla kierowców.
Paliwo wchodzi do koszyka inflacyjnego bezpośrednio, jako pozycja, którą kupują gospodarstwa domowe. Ale wchodzi też pośrednio, i to jest ważniejsze: transportem jedzie praktycznie wszystko, co kupujesz. Droższy transport prędzej czy później pojawia się w cenie warzyw, mebli i usług kurierskich. Efekt jest rozłożony w czasie i rozmyty, ale realny.
Inflacja w Polsce wyniosła w czerwcu 2026 roku 2,5 procent rok do roku. Rada Polityki Pieniężnej na posiedzeniu 7 i 8 lipca utrzymała stopę referencyjną na poziomie 3,75 procent, po raz czwarty z rzędu od marcowej obniżki. Więcej o mechanice tych decyzji pisałem przy okazji decyzji RPP o stopach procentowych.
Analitycy komentujący lipcową decyzję mówili wprost, że czerwcowy odczyt inflacji zamknął dyskusję o podwyżkach, a stopy najprawdopodobniej zostaną bez zmian do końca roku, z ewentualnymi obniżkami dopiero w 2027. Droga ropa ten scenariusz tylko utrwala. Jeśli Brent utrzyma się w okolicach 90 dolarów przez kilka miesięcy, argument za szybkimi obniżkami stóp słabnie jeszcze bardziej. Dla ciebie oznacza to jedno konkretne przełożenie: rata kredytu hipotecznego opartego o zmienne oprocentowanie zostaje wysoko dłużej, niż zakładały prognozy sprzed miesiąca. Osoby z ratą na granicy wytrzymałości budżetu powinny to potraktować jako sygnał, żeby nie liczyć na ulgę jesienią.
Czego nie robić w takiej sytuacji
Największy błąd to potraktować nagłówek jako sygnał inwestycyjny. Gdy ropa rośnie o 14 procent w tydzień, pojawia się pokusa, żeby "załapać się na ruch". Rzecz w tym, że kupujesz wtedy aktywo, którego cena zawiera już wycenę konfliktu. Zarabiasz tylko wtedy, gdy sytuacja się pogorszy bardziej, niż rynek zdążył założyć. Gdy napięcie opada, surowiec potrafi oddać cały ruch w kilka sesji, co zresztą widzieliśmy na początku lipca, kiedy Brent zjechał w okolice 70 dolarów.
To samo dotyczy złota, które przy każdej eskalacji wraca do nagłówków jako bezpieczna przystań. Tyle że złoto potrafi też mocno spadać i po styczniowym rekordzie jest dziś prawie 30 procent niżej. Bezpieczna przystań nie znaczy stabilna cena.
Rozsądniejsza reakcja jest nudna i dlatego działa. Ekspozycja na energię i surowce powinna wynikać z dywersyfikacji portfela, a nie z decyzji podjętej w tygodniu, w którym temat jest na czołówkach. Po stronie domowego budżetu sensowniejsze od prognozowania ceny baryłki jest sprawdzenie, ile realnie wydajesz na paliwo miesięcznie i czy ta pozycja mieści się w budżecie domowym przy cenie 7,50 zł za litr, a nie przy 6 zł.
Na co patrzeć w najbliższych tygodniach
Trzy rzeczy powiedzą ci więcej niż codzienne nagłówki.
Pierwsza to drożność cieśniny Ormuz. Dopóki ruch handlowy jest ograniczony, premia za ryzyko zostaje w cenie ropy. Odblokowanie szlaku jest jedyną rzeczą, która potrafi szybko ściągnąć Brenta w dół.
Druga to kurs dolara do złotego, bo to on decyduje, ile z ruchu na światowej ropie realnie dotrze do polskiego dystrybutora.
Trzecia to komunikaty Rady Polityki Pieniężnej. Jeśli w retoryce pojawi się ostrożność wobec cen energii, będzie to sygnał, że obniżki stóp odsuwają się dalej. To informacja ważniejsza dla twojego portfela niż sama cena benzyny, bo dotyczy każdej złotówki kredytu, jaki masz.




